Mimo że podróżowanie kojarzy nam się z czymś ubogacającym, to jednak trzeba bezapelacyjnie potwierdzić, że naszej skórze ono na pewno nie służy. Zwłaszcza podróżowanie ekstremalne. Z wielu powodów.
Przesuszenie i brak możliwości dogłębnego oczyszczania skóry
Przede wszystkim, wyjeżdżając naprawdę daleko, korzystamy ze środków transportu. Samolot, auto, czy pociąg – wszędzie tam mamy do czynienia z przesuszonym powietrzem, kurzem, zanieczyszczeniami i… zwyczajnie nie mamy się gdzie umyć, co doprowadza do tego, że przerwy od mycia trwają znacznie dłużej niż w codziennych warunkach. 24-godzinna podróż międzykontynentalna, podczas której o tym, gdzie i jak odpoczniemy, zdecydują za nas nasze własne nogi, kierując nas ku najbliższemu siedzisku, o które oprzemy naszą twarz, powoduje, że zbieramy zanieczyszczenia na całym ciele. W ilości większej niż robimy to na co dzień. I nie zwracamy na to uwagi.
To nawet nie jest problem, o ile po podróży docieramy do miejsca docelowego i wchodzimy w domowe tryby pielęgnacji: bierzemy kąpiel, używamy żelu myjącego, kremu nawilżającego, toniku, stosujemy maseczkę na twarz. Często jednak tak nie jest. Bo nie pozwalają nam na to ograniczenia bagażowe i bierzemy zdecydowanie mniej kosmetyków. Trafiając też do krajów azjatyckich możemy być srogo zawiedzeni ofertą tamtejszych sklepów z kosmetykami. „Nie działają” na skórę Europejek. Potrzeby skóry osób pochodzących z tamtych terenów są inne, a w ślad za potrzebami podążają producenci kosmetyków. Dlatego często okazuje się, że płyn micelarny kupiony w koreańskim sklepie będzie zapychał pory lub podrażniał, a środki do peelingu będą nam zupełnie nie odpowiadać, bo działają zbyt delikatnie.
Poza tym, w nowym miejscu mamy do czynienia z inną wodą. Inna jest jej flora bakteryjna i poziom twardości. Można częściowo zniwelować ten aspekt korzystając z kosmetyków myjących na twarz zamiast wody. Nie da się jednak w pełni uniknąć kontaktu z wodą, gdy chcemy, aby nasze wakacje były po prostu relaksujące. Pójdziemy na basen, weźmiemy relaksującą kąpiel, czy skorzystamy z miejscowej oferty SPA. Wszystko to jest jak najbardziej ok, ale z pewnością będzie miało wpływ na stan naszej skóry.
Jakie macie patenty na dbanie o stan skóry w podróży?
Nasz to oczywiście zabieranie części akcesoriów i kosmetyków ze sobą. Podstawą są małe buteleczki, do których przelewamy te najlepsze i najbardziej sprawdzone kosmetyki. Warto wypróbować również gadżety, których nie używamy na co dzień, ale które w podróży ułatwią życie. Jest to np. rękawica nasączona kosmetykami myjącymi, którą wystarczy zwilżyć wodą, aby zadziałała. Są to też płatki do demakijażu pakowane osobno, nasączone już środkiem myjącym. Mokre chusteczki to też świetna alternatywa dla pełnego zabiegu higienicznego, do którego przywykliśmy w normalnych warunkach. Wyjeżdżając do ciepłych krajów, nie zapominajmy o używaniu toniku po oczyszczaniu skóry. Pomoże on wyrównać odczyn skóry, tym samym uodporniając ją na działanie drobnoustrojów.
Ochrona przeciwsłoneczna skóry w czasie urlopu – dlaczego to tak ważne?
Podróżując latem, koniecznie trzeba zadbać o ochronę przeciwsłoneczną. Jeśli wybieramy się na południe Europy lub do południowej części naszego globu, konieczne jest używanie kremów ochronnych z jak najwyższym filtrem (najlepiej zabranych z Polski, bo te kupione na miejscu mogą okazać się za słabe). Przed wyjściem na słońce nie należy nakładać makijażu, a po zakończonym dniu koniecznie trzeba zadbać o solidne nawilżenie skóry nadwątlonej działaniem silnego promieniowania. W ten sposób nie tylko złagodzimy ewentualne podrażnienia, do których mogło dojść przy nadmiernej ekspozycji na słońce, ale też uodpornimy się na kolejne dni urlopu. Skóra przesuszona nie tylko szybciej się starzeje i łatwiej ulega poparzeniom słonecznym, ale też jest bardziej narażona na podrażnienia oraz na skutki trądziku. Zdecydowanie też, jeśli mamy skórę naczynkową lub skłonną do atopii, nie powinniśmy narażać jej na przesuszanie w trakcie urlopu.
Po powrocie warto zrobić solidny zabieg nawilżający, najlepiej taki, podczas którego pod skórę wtłaczany jest kwas hialuronowy. Jest to substancja naturalna dla naszego organizmu (niealergizująca), która ma silne właściwości wiązania wody. Gdy kwas hialuronowy występuje w nieusieciowanej postaci, może służyć do niwelowania zmarszczek zdecydowanie lepiej niż BoNT (jednak należy uważać, bo wypełnianie zmarszczek kwasem hialuronowym poleca się przeprowadzać jedynie dla tych płytszych, nie mimicznych i utrwalonych bruzd). Kwas hialuronowy, który ma działać jako silniejsza wersja maseczki nawilżającej dobrze jest wprowadzić metodą mezoterapii lub nakłuwania mikroigłowego (służy temu zabieg Dermapen). Wprowadzony w ten sposób w głębsze warstwy skóry oraz bezpośrednio pod naskórek doprowadzi do tego, że skóra bardzo szybko zareaguje lepszym napięciem, wzrostem elastyczności, a my będziemy dzięki temu wyglądać bardziej promiennie i po prostu młodziej. W trakcie mezoterapii osiąga się podwójny efekt terapeutyczny. Nie tylko kwas hialuronowy i inne substancje odżywcze błyskawicznie zadziałają (znacznie lepiej niż gdybyśmy je wklepywali w skórę z tradycyjnym kremem). Mezoterapia jest dobra również ze względu na to, że mikronakłucia, do których dochodzi w trakcie zabiegu uruchamiają w skórze głęboką odpowiedź odnawiającą. Wzmacnia się całe rusztowanie, na którym opiera się skóra, która żyje na naszej twarzy. Wzmacniają się włókna kolagenowe, zwiększa się ilość wytwarzanej elastyny, skóra gęstnieje i staje sie mocniejsza tak, jak dzieje się to po każdym jej zranieniu. W przypadku mikronakłuwania jest to “skaleczenie” płytkie i kontrolowane przez lekarza. Aby jednak mieć pewność, że wszystko pójdzie dobrze, należy udać się do dobrej kliniki medycyny estetycznej w celu wykonania tego typu zabiegu. Nie należy absolutnie robić jej w domowych warunkach, ani zawierzać swojego wyglądu osobie, która nie ma doświadczenia i jest jedynie po kursie kosmetycznym.