Ukraina

Jeśli popatrzeć na badania, Polacy chętniej wyemigrowaliby do Kapsztadu niż na Ukrainę. Bardziej widzimy się nawet w Ameryce Południowej niż u naszych wschodnich sąsiadów. Dlaczego? Poznaj kilka faktów, które odstręczają nas od wizji emigracji na Ukrainę.

Pierwsza grupa powodów jest oczywista: brak sensownej pracy, wysokie koszty utrzymania i niskie płace. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę cyfrowych nomadów, którzy mogą teoretycznie żyć wszędzie, a najchętniej w krajach o niskim koszcie utrzymania – dlaczego nadal Ukraina jest na końcu listy?

Ukraińcy potrafią być nieprzyjemni

Po pierwsze, kraj ten ma spory problem wizerunkowy. Ukraińców nie kojarzymy z osobami, które rozumieją co to jest customer service. Raczej nie jest przyjemnie. W środkach transportu, w sklepie, w knajpie, w szkole. Opóźnienie pociągu ogłaszane przez konduktora? To może być na Ukrainie przyczynek do tego, aby jeden z pasażerów wstał i szykował się do bijatyki (true story). Młodzi ludzie pytani o to, czy można zapytać ich o drogę, mruczą z niechęcią, że nie i odganiają się jak od natrętnej muchy. Facet poproszony o to, aby nie palił papierosa w zamkniętym publicznym pomieszczeniu, który zaczyna robić się agresywny wobec proszącego? Niestety, to ukraińska rzeczywistość, nadal w 2019 roku aktualna, choćbyśmy się nie wiadomo jak zarzekali na to, ze spotykamy przecież na co dzień fajnych, otwartych Ukraińców w Polsce.

Zbyt podobni do nas samych

Po drugie, nie lubimy w innych tego, czego sami w sobie nie akceptujemy. A Ukraińcy są bardzo do nas podobni. Gdy widzimy wśród nich te zachowania, które u nas na porządku dziennym były 20 lat temu, a których już się w jakiś magiczny sposób wyzbyliśmy, to naturalnym jest, że wzbudzają u nas silniejszą niż zwykle reakcję na NIE. Jeśli wziąć pod uwagę badania z 2014 roku, trzy czwarte Ukraińców deklaruje, że nie chce mieć w swoim otoczeniu czarnoskórego sąsiada. Współczesny Polak nie chce cofać się do czasów, kiedy u nas brak tolerancji był tak dramatyczny. Dlatego też nie chcielibyśmy wrócić do czasów, kiedy ktoś uprawiający jogging na ulicy był uznawany za dziwaka, a osoba paląca w restauracji wśród innych spożywających swój posiłek była nie do ruszenia.

Brak poszanowania życia ludzkiego

Z zawiłych powodów społeczno – ekonomicznych oraz z powodu pewnych zaszłości historycznych, w postsowieckiej Ukrainie ludzkie życie jest warte mniej niż np. luksusowy dom lub lepszy samochód. Ukraińcy przyjeżdżający do Polski lub do innych krajów europejskich nie mogą wyjść z szoku nad widokiem samochodów przepuszczających karetki pogotowia ratunkowego na sygnale. Na Ukrainie nikt takiego pojazdu nie przepuści. Lekarz, któremu się nie zapłaci, potrafi odejść od przysięgi Hipokratesa i po prostu wybrać, że uratuje życie temu, kto zapłaci lub zapłaci więcej. O niepełnosprawnych nikt nie myśli, na próżno szukać udogodnień dla osób poruszających się na wózkach inwalidzkich w miastach takich jak nawet Kijów, czy Lwów.

Służba zdrowia na Ukrainie

Kilka przypadkowych ciekawostek: na Ukrainie używa się wielorazowych nici do szycia ran. Co to oznacza w praktyce? Po tym, jak lekarz zdejmie nici jednemu pacjentowi, oddaje się pielęgniarce do wyparzenia (a nie do dezynfekcji!!!), a następnie używa ich do zszycia ran innemu pacjentowi. Igieł po operacji nikt nie liczy. Chustek, opatrunków, bandaży też nie. Dlatego liczba osób lądujących ponownie w szpitalach z zakażeniami wskutek pozostawionych w czasie operacji przedmiotów w trzewiach jest na Ukrainie wysoka. Nie ma standardu zbyt dokładnego mycia rąk po zakończonej operacji. Nie ma używania sterylnych narzędzi u kosmetyczki. Wiele przedmiotów, które we współczesnym świecie wydają się jednorazowe, na Ukrainie mają po kilka żyć. Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, jak ogromnie duża liczba osób jest zakażona wirusem HIV w tym kraju oraz jak wiele osób choruje na odrę, można się faktycznie zmartwić. Rok 2018 na przykład był pełen doniesień o konkretnych lwowskich adresach, w których można zarazić się zapaleniem wątroby. Kosmetyczki, dentyści… gazety podawały do wiadomości, gdzie lepiej nie chodzić.

Trzeba jednak wiedzieć, że oczywiście Ukraina to też miejsce, w którym spotkamy profesjonalnych, wykształconych lekarzy i fachowe pielęgniarki. Warto jednak zawsze posiadać ubezpieczenie, a w razie problemu – osobiście polecam jak najszybszy powrót na teren Unii Europejskiej. Pamiętajmy też, aby, podążając za informacjami ogłaszanymi przez MSZ, nie pić wody z kranu na Ukrainie.

Komunikacja miejska na Ukrainie

Ukraina jest dla osób, które mają auto lub dla tych, które są w stanie funkcjonować długo na Uberze (działa sprawnie np. w Kijowie). Zdecydowanie trzeba wziąć pod uwagę fakt, jak wygląda komunikacja miejska w miejscu, w którym chcemy żyć, a nasze funkcjonowanie będzie opierało się o korzystanie ze środków publicznego transportu. Dla przeciętnego mieszkańca Warszawy, który może cieszyć się, i powiedzmy to bez przesady, jedną z najlepiej zorganizowanych sieci komunikacji miejskiej w Europie, korzystanie z ukraińskich marszrutek będzie zjazdem do wrót piekieł. Przeogromny tłok, hałas, przestarzały tabor, awaryjność, nieuprzejmość kierowców. Jeśli weźmiemy pod uwagę kijowskie metro, możemy dodać do tego dziki hałas.

Marszrutka na kijewskiej ulicy

Niebezpieczne korzystanie z przestarzałych technologii

Rok 2016 we Lwowie należał do afery śmieciowej. W maju 2016 zapaliła się hałda śmieci pod Lwowem. Zwożono na nią śmieci z całego obwodu lwowskiego. Do gaszenia pożaru zaciągnięto nawet służby lotnicze – operacja była trudna. W trakcie długotrwałej akcji dogaszania pożaru, doszło do wypadku: paląca się hałda osunęła się, zasypując dwóch strażaków. Dodatkowo, w tym samym miejscu zginął jeden z działaczy ekologicznych. Wskutek dochodzenia wyszło na jaw, że gdyby nie kompletny brak modernizacji wysypiska, do wypadku nie doszłoby. Wysypisko nie było modernizowane, nie spełniało podstawowych norm technologicznych (na przykład, śmieci zasypywano warstwami ziemi). Nie było też oczyszczane z niebezpiecznego metanu, który gromadził się tam nieustannie. Sam samozapłon wysypiska został spowodowany właśnie wspomnianym zaniechaniem unowocześniania podstawowej jednostki odbierającej śmieci z tak dużego obszaru.
Gdy wysypisko zostało zamknięte, skończyło się odbieranie śmieci z Lwowa i obszarów przylegających. Przez ROK nikt nie odebrał śmieci z całego miasta. Wyobrażacie sobie, co musiało się wtedy dziać na ulicach? Po kilku miesiącach laboranci, lekarze i naukowcy apelowali, że ilość bakterii coli przy gruncie jest bardzo wysoka, co grozi gwałtownym wzrostem zachorowań na chorób rozwijające się w jelitach. Centrum Lwowa było oczyszczane głównie przez właścicieli restauracji, pubów i barów, którzy na własną rękę wywozili śmieci poza miasto. Gdzie? Tam, gdzie się tylko dało. Do lasu, nad rzekę, do rzeki, na pola rolników…
Przykładów na to, jak podobne sztandarowe firmy, usługi, instytucje nie są modernizowane, trwają w szkodliwej i niebezpiecznej stagnacji, można przytaczać więcej. Podobnie jak przykładów na to, jak podobnie do sytuacji opisanej powyżej, załatwiane są sytuacje kryzysowe w tym kraju. Mieszanka braku poszanowania dla ludzkiego zdrowia, bezsilność obywateli, absurdalne sytuacje… Co jakiś czas przeciekają do nas informacje o takich właśnie wydarzeniach i to są poniekąd przyczyny, dla których Polacy nie chcą żyć na Ukrainie.

Brak standardów regulujących sprzedaż żywności na Ukrainie

Ukraina obfituje w bazary. A na nich można kupić wszystko. Ryby wyłożone bezpośrednio na ceratce/plandece, kawałki ubitej kury, która leży od długiego czasu na upale w worku inne formy surowego mięsa. Nie ma tutaj żadnych regulacji – jedynym gwarantem, że kupujemy coś bez groźnych dla życia bakterii to zaufanie do sprzedawcy. W wielu przypadkach oczywiście będzie to pyszne i zdrowe jedzenie. Jednak trzeba być świadomym tego, że handel jedzeniem nie podlega takim regulacjom, do których jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce.

Stoisko z jedzeniem na jednym z kijewskich osiedli

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *